niedziela, 25 września 2016

Laski - jak było?



Wróciłyśmy już z turnusu w ośrodku Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach. Jak było? Hmmm... 
Jakby to powiedzieć, napisać, żeby nikogo nie urazić... 


Nauczyłam się, by nigdy nie mówić nigdy, ale raczej już się tam nie wybierzemy na turnus rehabilitacyjny w ramach WWR (wczesne wspomaganie roozwoju).
Nie wątpię, że nauka przedszkolna i szkolna jest tam organizowana na najwyższym poziomie, że osoby niewidome po ukończeniu edukacji w Laskach są samodzielne i bardzo dobrze wykształcone, ale niestety o WWR nie mogę powiedzieć tego samego...
Zdaję sobie sprawę, że program terapeutyczny w ramach WWR ma pewnie określone ramy i do nich ośrodek musi się stosować. Ale serio - rytmika?! Rozumiem - muzykoterapia. Ale rytmika?! Przed turnusem zgłaszałam w ośrodku, że będę sama z dziewczynkami i że Ala jest dzieckiem leżącym. A tu takie zajęcia... Pani prowadząca rytmikę chciała nam pomóc, wzięła Alicję na ręce, ale kompletnie nie wiedziała, jak ma prowadzić zajęcia, biorąc pod uwagę niepełnosprawność Ali. Wyglądało to więc tak, że my chodziłyśmy w kółku z dziewczynkami na rękach, potem "grałyśmy" kasztanami, uderzając nimi o bębenek, a dziewczyny nie wyniosły z zajęć kompletnie nic...
W ogóle odniosłam ważenie, że ośrodek nie jest przystosowany do tzw. dzieci leżących. Nie było ani jednego siedziska specjalistycznego, w którym Ala mogłaby siedzieć podczas zajęć. Trudno przecież, żeby rodzice jeździli ze swoim sprzętem, który zazwyczaj jest dość spory. Uważam, że fotel z kamizelką - nawet w podstawowej wersji - to minimum, które powinno być w każdym ośrodku terapeutycznym. Dobrze, że wzięliśmy z domu leżaczek-bujaczek, w nim Ala miała część zajęć.
Idźmy dalej. Terapia SI. Pan terapeuta nie miał żadnych pomocy terapeutycznych, nawet zwykłego koca. Przepraszam! Miał piłki. Jeździł więc nimi po dziewczynkach, śpiewając piosenki. Tak wyglądały zajęcia z Integracji Sensorycznej. Choć Ali się podobało - śmiała się przez całe pół godziny (tak, pół godziny - tyle trwały zajęcia).
Terapia wzroku. Zajęcia prowadzone przy zapalonym świetle. Pewnie tak byłoby przez cały tydzień, gdybym nie zwróciła na to uwagi panu terapeucie... W odpowiedzi usłyszałam, że przecież nie jestem na całych zajęciach - musiałam zaglądać raz do jednej, raz do drugiej dziewczynki, bo miały terapię w tym samym czasie - i że on nie chce ich przepodźcować. Przebodźcować! W pół godziny? Jednak od tej pory do końca tygodnia terapia wzroku odbywała się w zaciemnionym pokoju. Dziewczyny dały radę, nie były przebodźcowane. Da się? Da się! Na samych zajęciach dziewczynki miały pokazywane lampki, kolumny wodne podświetlane itp. Czyli trochę inaczej, niż my praktykujemy. Ale może takie były założenia, taki podział, ponieważ elementy pracy manualnej (u nas na terapii wzroku dziewczynki nie tylko oglądają obrazy, ale również bawią się fakturami, konsystencjami, zapachami - np. poprzez ugniatanie ciasta, czy mieszanie kisielu rękami) wprowadziła dziewczynkom pani tyflopedagog. (Były tam też elementy SI) Te zajęcia były bardzo fajne. Dziewczynki mogły dotykać rzeczy, bawić się różnymi fakturami. Odniosłam wrażenie, jakby było to uzupełnienie innych terapii, taka kropka nad "i".
Fajna była też rehabilitacja ruchowa, choć też inna niż ta, do której przywykłyśmy ;) Pani terapeutka ćwiczyła z dziewczynami tyle, ile one same chciały. Przerywały, gdy pojawił się płacz. W Misiu byłoby to nie do pomyślenia ;)
Najlepsza jednak była orientacja przestrzenna - zajęcia z Anią. Wyszłyśmy z panią terapeutką na dwór, Ania zjeżdżała na zjeżdżalni, a później wszystkie razem skakałyśmy na trampolinie :)

Powiecie, że narzekam i że trudno mi dogodzić? Nieee :) Nie było aż tak żle :) Na pewno odpoczęłam :) Dziewczynki miały zajęcia w godzinach 9-12:30, pozostała część dnia była wolna. Chodzi tylko o to, że na zajęciach nie było niczego więcej, niż mamy u nas. I nie musiałyśmy jechać przez pół Polski na turnus. To jest raczej dla osób, które mieszkają w innych rejonach kraju i które nie mają u siebie zajęć WWR.
Myślę więc, że w najbliższym czasie do Lasek się nie wybierzemy, ale do szkoły - czemu nie? Choć mamy jeszcze kilka lat, do tego czasu wszystko może się zdarzyć.

Wydaje mi się, że moja - dość ostra - ocena jest wynikiem moich wyobrażeń o tym, co nas spotka na turnusie. Wyobrażałam sobie, że dziewczyny dostaną solidną dawkę terapii wzroku, a tymczasem rzeczywistość okazała się nieco inna, bardziej przyziemna.












PS. Podczas turnusu miałam sporo wolnego czasu, natknęłam się na facebookowy profil chłopca - Natana, który również nie widzi i jest równolatkiem naszych dziewczyn. Myślę, że jego mama nie obrazi się, jak załączę tu link do ich bloga ;) Widzący serduszkiem
Chłopiec ma nieco ponad dwa lata i... już chodzi z laską! Pytałam w ośrodku, kiedy wprowadza się laski, usłyszałam, że w wieku szkolnym. Skontaktowałam się więc z mamą Natana, żeby dopytać - co i jak, ponieważ oni mieszkają w Anglii. Jak widać - co kraj, to obyczaj. Nawet w kwestii terapii osób niewidomych. Mamy już obiecaną różową laskę dla Ani i będziemy próbować oswajać ją z nią jak najwcześniej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz