sobota, 19 listopada 2016

Nie było nam to pisane...



Miałam być teraz z dziewczynkami na turnusie u doktora Vela na Ukrainie... 
Niestety wyjazd nie doszedł do skutku. 
On chyba nie był nam pisany od samego początku.




Najpierw problemy z pieniędzmi. Byłam przekonana, że zapłacę przelewem z fundacyjnego konta i tylko dla pewności zapytałam o to w fundacji Król i Smok. I co? Płatność tylko gotówką! Myślałam, że będziemy musieli zrezygnować, bo skąd wziąć 4000 Euro? Na szczęście jest ktoś, do kogo zawsze możemy zwrócić się w takich sytuacjach. Tym razem również nas uratował - dzięki! OK. Kasa jest, jedziemy. Ale czy na pewno?
Paszporty dla dzieci załatwialiśmy z dużym wyprzedzeniem. Przy ich odbiorze okazało się jednak, że nie ma paszportu Ani. Był wadliwy i nie wydano nam go. Trzeba było czekać na następny, który odebraliśmy... na trzy dni przed wyjazdem (wliczając weekend).
OK. Kasa jest, paszporty są, jedziemy. Ale czy na pewno?
Dzień przed wyjazdem - obie dziewczynki zakatarzone, Ania kaszlała, jakby miała wupluć płuca. Mi też lało się z nosa. Co robić? Pojechałam z nimi do lekarza. Pani doktor odradziła wyjazd, ale ostateczną decyzję musieliśmy podjąć my - rodzice. Arek mówił, żeby nie jechać. Ja wciąż się wahałam. Zależało mi na tym turnusie. Czułam, że nie pojedziemy, a po trzech dniach katar dziewczynom minie i będę żałować. Ostatecznie jednak wolę żałować, że nie pojechałam, a one wyzdrowiały, niż żałować, że pojechałam, a one tam np. złapały zapalenie płuc.
Zostałyśmy więc w domu. Ukrainę zwiedzimy innym razem :) A dziewczynki? Tak jak przeczuwałam - po kilku dniach było już ok, przeziębienie prawie minęło :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz